Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2016

Byłem na wojnie zwanej randkowaniem online


źródło foto

Chciałbym się teraz żachnąć i z zadartym wysoko pyszczkiem powiedzieć, że badałem przestrzeń randkowych społeczności w sieci wyłącznie na potrzeby tekstu i dla zabawy. Chciałbym, uzbrojony w rozbrajającą, twardą szczerość, powiedzieć, że większość kobiet, to w głębi serca jakieś zdziczałe bestyjki, które prędzej czy później wysuną pazury, albo odsłonią jakąś wysoce odstręczającą umiejętność. Chciałbym tak, bo byłoby prościej; a jak na pewno dobrze wiecie - bo widzicie jak w kraju jest - generalizacja i półprawda to świetna zabawa. Niestety, z internetową randką zetknąłem się w zupełnie inny sposób i okazuje się przy okazji, że niektóre kobiety nie mają nawet jednego pazurka i jedyne co są w stanie wysunąć, to pochopne wnioski.

Wbrew pozorom już na wstępie mogę odpowiedzieć na nurtujące pytanie „Czy używanie portalów randkowych i społecznych czyni ze mnie przegrywa?”. Otóż nie, nie czyni. Jednakże fakt, że się takowych narzędzi używa daje jasny sygnał, że coś jest nie tak; w twoim życiu, z twoimi uczuciami, charakterem, wyglądem lub szczęściem. Krótko mówiąc, ludzie bez defektów, niepoturbowani przez życie i innych ludzi na stronach tego typu pojawiają się najrzadziej. Chociaż… czy są na świecie inni?

Smutny początek…


Na portal ułatwiający zawiązanie nowych znajomości trafiłem przypadkiem i w rozpaczy. Zakończyłem wtedy poważny związek i coraz bardziej żałowałem swojej decyzji. Wobec tragedii - targany różnymi fazami smutku - zalogowałem się na Badoo, w którym znalazłem setki rozmytych, w złej jakości fotek z równie słabej jakości twarzami. Generalizując, trochę dres dup, trochę prawdziwych brzydul i odsetek ładnych kobiet. Niezależnie jednak od wyglądu, większość miała niewiele do powiedzenia; jakbym rozmawiał z maszynami zaprogramowanymi przez społeczeństwo powszechnymi zainteresowaniami,  rzadkimi przemyśleniami i płytkim światopoglądem. Byłem jednak złamany – a później nawet mi się spodobało - więc prowadziłem grę dalej.

Następnie znalazłem portal o wdzięcznej nazwie ZaadoptujFaceta.pl, który potencjalnie nie różnił się od tego pierwszego poza tym, że oddawał pełną władzę nad wyborem potencjalnego kandydata do rozmowy w ręce żeńskiej części użytkowniczek. Po wciśnięciu przycisku „zaurocz” na profilu wybranki, w akompaniamencie gwiazdek i urokliwej, baśniowej melodyjki, dostawała ona powiadomienie o amancie zainteresowanym jej względami. Ponad to, po zaakceptowaniu zaproszenia do rozmowy, dziewczyny mogły dodać wartego uwagi Adonisa do „koszyka” co było w większości przypadków równoznaczne z zaproszeniem na kawę i seks na drugiej lub trzeciej randce.

Największa jednak różnica polegała na – co już sama nazwa zdradza – nastawieniu na typowo randkową stronę portalu; każda rozmowa nosiła znamię budującego się od podstaw związku lub jakiejś dziwnej relacji opartej na alkoholu i telefonie z zaproszeniem do łóżka o 4 nad ranem.  W każdym razie, gdzieś z tyłu głowy zawsze paliła się lampka, że „to może być moja przyszła miłość” i tak samo było w kontekście każdego innego kontaktu na portalu – atmosfera tęsknoty za namiętnością była wszechobecna i towarzyszyła niemal każdej konwersacji.

Mimo wszystko, na stronie udawało się nieraz znaleźć ciekawe osoby, które miały do powiedzenia coś więcej poza tym, że lubią książki, film i muzykę. Najwięcej tej trudnodostępnej, jakościowej normalności* można było znaleźć w tych znudzonych, które bez specjalnych wysiłków szukały sposobu na zabicie czasu. W tym wypadku, zwykła rozmowa bez podtekstów dawała najlepsze rezultaty – zarówno zajmowała chwilę, jak i pobudzała, zamknięty w sobie od spotykanej na każdym kroku powierzchowności, umysł.

Niestety, pomimo wyjątków, wszechobecne były jednak dziewczyny noszące jakieś brzemię – za duży nos, za gruba, za krzywa, pojebana na punkcie hodowli mrówek czy cokolwiek innego, co sprawiało, że odwracało się wzrok z poczuciem dziwnego zniechęcenia.

Na tym poziomie uderzająca zaczęła być tendencja kobiet do upiększania się w wirtualnym świecie. Dobrze wykadrowane zdjęcie, przedstawiające uroczo uśmiechające się dziewczę zwraca uwagę i zwiększa szanse na nową znajomość. Problem zaczyna się, gdy dochodzi do spotkania i zamiast z tą piękną dzierlatką ze zdjęcia mamy do czynienia z jej karykaturą i nie wiadomo czy dzwonić na pogotowie, bo ją pobili czy ona rzeczywiście tak wygląda.

Naśmiewam się. Bo im się należy. Gdy kłamałem mamie, że wcale nie bluźniłem pani w sklepie, to dostawałem solidne tarmoszenie za ucho. Bo to kłamstwo, zwykła parszywość, mimo że zbudowana na kompleksach i w wielu przypadkach zwykłej umysłowej płyciźnie. Zresztą, to chyba nienajlepszy pomysł, żeby zaczynać znajomość od przekłamania na swój temat – wpisanie sobie w CV urzędu kierownika przy rzeczywistej funkcji zakładowej mrówki też nie prowadzi do niczego dobrego; dlaczego i w tym przypadku miałoby być inaczej?

Ta obłuda razi, ale też pokazuje z kim nie warto rozmawiać i daje pewien niekompletny pogląd jak postrzegamy siebie w mediach społecznościowych przez pryzmat ideałów i standardów, którymi bombardują nas zewsząd inne kanały przekazu.  To zrozumiałe, że nikt nie lubi czuć się brzydko, że nasze wady uprzykrzają nam życie, ale w kontekście znalezienia partnera – tej podpory życiowej, która obdarzy uczuciem mimo wszystko – to najgorsze możliwe rozwiązanie. „Lobster” Yorgosa Lanthimosa pięknie obrazuje groteskowość takiego działania – obejrzyjcie ze zrozumieniem, polecam.

Na szczęście istnieje Tinder, czyli miejsce dla ładnych. Tam nie ma pojebanych lasek. Są tylko takie, które żyją w symbiozie z instagramowymi filtrami, modą i brakiem charakteru. Jedne podają swoje wymiary, inne piszą, że lubią być zołzami, następne lecą standardem i lubią film, muzykę i książki; każda zaś chce być zaskoczona podejściem – żadne tam „Hej”, „Co słychać?”, „Jak ci mija dzień?”.

W odpowiedzi na te oczekiwania kilkukrotnie zmieniałem swój opis i podejście, żeby zbadać reakcje użytkowniczek, tak bardzo szukających niebanalnego kontaktu. Byłem więc zaciętym, romantycznym poetą, który rzuca cytatami z rękawa i marzy o spacerach o północy – odzew był znaczny, atmosfera zazwyczaj bardzo swojska i otwarta, aż niektóre zwierzały się ze swoich sekretów i historii życia. Udawanie chuja zaś wyszło bardzo słabo i odzew był znikomy; być może dlatego, że bad boyem jestem raczej kiepskim, a gdy już komuś docinam, to tak, żeby krwawił. Przez chwilę pobyłem sobą, ale to było nudne i wreszcie rewolucję przyniosło obiecanie niespodzianki dla każdej, która napisze. Pisały więc jedna za drugą. Nawet odzywały się te, które z początku przez kilka dni nie odpowiadały na moją wiadomość. Niespodzianką był brak niespodzianki. Wirtualny faker, kopas w dupas. Dla mnie to była przednia zabawa, ale zdaję sobie sprawę, że mogła tylko pogłębić tę całą tinderową psychozę i przyszłe kontakty moich ofiar utrudnić jeszcze bardziej. Cóż, jeśli nie da się czegoś naprawić, można to zepsuć jeszcze bardziej. Dla sportu.

Wreszcie, po ponad roku odbijania się od miałkich znajomości zaczęło nawiedzać mnie poczucie żenady; ot rozgryzłem zjawisko, jednocześnie w nim uczestnicząc i współtworząc je. Niechęć do społeczności urosła nieproporcjonalnie, świat zrobił się nagle mniejszy, kolory straciły barwę – znudzenie wynajęło w pokoju kąt. Poradnikowe teksty dla gimbazy miały rację - lepiej nauczyć się poznawać analogicznie; w barze, na uczelni, w eterze. Polecam i nie polecam jednocześnie.





*jakościową normalność rozumiem w tym kontekście bardzo osobiście. Tj. w świecie Tramplandu to ktoś niebanalny, wyróżniający się na tyle, żeby dyskusja była zacięta, a poznawanie naznaczone dozą sznytu; potyczka, po której się idzie do łóżka, nie na kolejną kolejkę.

niedziela, 28 sierpnia 2016

W globalnej wiosce - krótka analiza filmu


Nie lubię mówić o filmie w kontekście twierdzeń definiujących mechanizmy naszej egzystencji w społeczeństwie i na świecie w ogóle. Jest jednak jeden film, który, gdy wziąć pod uwagę dane teorie – a tak się składa, że znam je ze studiów – to nabiera głębszego znaczenia, a jego narracja ma większy wpływ na widza.

Opowiedzieć o danym tytule względem teorii określających nowoczesny model społeczeństwa zdaje się być prosto i zarazem trudno. Dlatego m.in nie lubię tego robić.

Prosto, ponieważ badania i wnioski McLuhana, Baudrillarda i Levinsona obserwujemy w codziennym życiu. Postęp technologiczny wkroczył już w fazę rozwoju, który w znaczący i trudny do przeoczenia sposób zmienia struktury relacji międzyludzkich. W skrócie, świat się zmienia, a człowiek dostosowuje się do nowych warunków. Przy odrobinie uwagi jesteśmy w stanie to zauważyć – jeśli nie w obserwacji swojego otoczenia, to przez przyjrzenie się współczesnym mediom. 

Z kolei trudność w tym zadaniu polega na wybraniu odpowiedniej pozycji do przeprowadzenia takiej analizy. Z jednej strony na wzięcie na warsztat nadaje się prawdopodobnie każdy film, bo istotą wszystkich produkcji jest oddanie pod ocenę i rozrywkę widza świata przedstawionego, w którym osadzona jest historia i bohaterowie. To znaczy, że wcielając się w rolę badacza – co robię w tej chwili - nawet z produkcji takich jak seria „Ludzkiej stonogi” można by wysnuć ciekawe wnioski. Np. na temat teorii „globalnej wioski”. Z drugiej jednak strony, odnosząc teorie ze ścisłej dziedziny (bo przecież mocno związanej z postępem technologicznym) do luźnych powiązań, łatwo o niechcianą nadinterpretację.

By więc w jak najdokładniejszy sposób ugryźć temat, zdecydowałem się wybrać niewielką produkcję Jasona Reitmana pt. „Uwiązani” z 2014 roku.

Film którego pojawienie się nie wywołało większego poruszenia, a który w perfekcyjny sposób prezentuje naszą egzystencje na pograniczu dwóch światów; rzeczywistej rzeczywistości i cyberświata.

Oś fabularna kręci się wokół kilku rodzin, których pociechy uczęszczają do tej samej szkoły. W trakcie opowieści poznajemy przygnębionego małżeńskimi problemami Dona (Adam Sandler), jego żonę Rachel i 15-letniego syna Chrisa (Travis Tope), który odkrywa w sobie pociąg do dewiacji w pornografii. Z powodu swojego przywiązania do ostrych filmów, chłopak ma problemy z najseksowniejszą cheerleaderką w szkolę Hannah (Olivia Crocicchia), która marzy o zostaniu znaną celebrytką. W dążeniu do celu pomaga jej matka Donna (Judy Greer) i wedle sugestii lokalnej agencji talentów zakłada córce stronę internetową, powiększając galerię o coraz to odważniejsze zdjęcia. Tymczasem drugoklasista Tim (Ansel Elgort) - najszybszy biegacz w szkolnej drużynie futbolowej - zmaga się z odejściem matki. Chłopak rezygnuje ze sportu, gdyż wydaje mu się bezcelowy, a ludzkie życie nieistotne w kontekście wszechświata. Swój czas poświęca głównie wciągającej grze on-line. Uwagę jego przykuwa jednak nieśmiała Brandy (Kaitlyn Dever), której to nadopiekuńcza matka Patricia (Jennifer Garner) kontroluje każde wciśnięcie klawisza na klawiaturze. Z kolei Allison (Elena Kampouris) to nowicjuszka wśród cheerleaderek. Pod presją rówieśników zrzuca kilogramy i dołącza do szkolnej elity, pragnąc jednocześnie utracić dziewictwo z miłością jej życia - Brandonem (William Peltz). (Źródło: filmweb.pl)

Pierwszą rzeczą na jaką warto zwrócić uwagę, to świetne zaplecze techniczne produkcji. Koncepcja z wykorzystaniem cyfrowych obrazków, jakie na ekranach swoich komputerów czy telefonów widzą bohaterowie w połączeniu ze statycznymi, przeciągniętymi scenami w jasny i dobitny sposób podkreśla prężnie działającą w praktyce idee globalnej wioski wg McLuhana. Jak sugeruje wymowny tytuł (pierwszy raz w życiu przyklaskuję dystrybutorowi za tłumaczenie), głównym łącznikiem między bohaterami jest połączenie z internetem; postacie z ekranu spędzają ze sobą część wolnego czasu  i poznają się właśnie dzięki możliwości jakie daje technologia. Jednym słowem, bohaterowie są ze sobą uwiązani poprzez postępującą, elektroniczną globalizację.

Niesamowicie wymowne są również sceny w galerii handlowej pełnej ludzi  zapatrzonych w urządzenia mobilne czy idącego szkolnym korytarzem Tima, którego fizyczna obecność zdaje się nie mieć najmniejszego znaczenia dla tłumu uczniów, których uwaga tkwi w elektronicznym półświatku.

Wspomniawszy o trójce bohaterów warto od razu odnieść ich zachowania do twierdzeń Baudrillarda i Levinsona. Zarówno Tim jak i Brandy są głęboko osadzeni w świecie symulakrów czyli wyidealizowanych lub zmyślonych awatarów. Chłopak wolny czas poświęca na kreowanie swojego herosa w grze online Guild Wars. Przybity nowym małżeństwem nieobecnej matki i bezrefleksyjnością swoich rówieśników opiera swoje życie i przyszłość (rzuca futbol) na mało znaczącej grze, sprowadza swoje jestestwo do ikonki na pulpicie komputera – stawia przy tym pytanie o wartościowość jednostki ludzkiej i jego czynów względem bezmiaru wszechświata. Jego postawa przechodzi transformację gdy poznaje córkę Patrici. Ta, pod pretekstem ochrony, zatraca swoje życie kontrolując każdy ruch dziecka i nieświadomie popycha je głębiej ku wirtualnej społeczności. Zamknięta w sobie i mocno ograniczona przez matkę Brandy powoli otwiera się przed jedynym, który w analogiczny sposób wykazał nią zainteresowanie. W miarę jak ta dwójka poznaje się, jesteśmy świadkami jak ubiera ona różową perukę, maluje usta czerwoną szminką i pod pseudonimem Freyja może być wreszcie „sobą” wstawiając zdjęcia na Tumblr i dzieląc się przemyśleniami z użytkownikami.

Swoje życie, w basenie nowych, nowych mediów, symuluje również Hannah. Wychowująca ją samotnie matka - pragnąc dla swojej pociechy szczęścia i sukcesu jakiego ona nie doświadczyła za czasów swojej młodości, kiedy to sama zniewalała wszystkich nieprzeciętną urodą - zarządza intrenetową galerią swojej córki. Ta zaś, mając bezgraniczną aprobatę rodzicielki, wciela się w rolę popularnej, jeśli nie najpopularniejszej i najlepszej, w okolicy; tej, której każdy zazdrości, bo jest zawsze krok do przodu niż inni. Jak nietrudno się domyślić, prawda jest zgoła inna. Hannah, by zaimponować rówieśnikom rozpowiada z pewnością dorosłej o swoim seksualnym zaangażowaniu i przyszłych sukcesach.  Żeby stracić tylko dziewictwo, a nie twarz i reputację, na swojego pierwszego kochanka wybiera niezbyt popularnego w szkole chłopaka, z którym ma wykonać szkolny projekt. Chris, bo tak mu na imię, ma jednak pewien problem. By wywołać erekcję potrzebuje bodźca w postaci ostrego filmiku pornograficznego; staje się uzależniony od różnorodnej dominacji dostępnej w internecie, a której nie może mu dać niedoświadczona dziewczyna. Z tej otoczki pozorów wynika ostatecznie tylko niezręczna cisza w łóżku i piekąca w gardło gorycz zawodu.

To jednak nie koniec erotycznych problemów filmowych postaci. Don, ojciec wspomnianego wyżej, młodego fetyszysty, zmaga się ze stagnacją w małżeństwie. Nieudane próby ożywienia życia łóżkowego pary prowadzą w końcu nie tylko do oglądania pornografii, ale także do odwiedzin portali z seks anonsami. Jak na ironię, to właśnie zdrada pozwala im nawiązać nowy dialog i dojrzeć istotę ich związku.

Podobnie jest z młodziutką Allison, która oczyszczenie przeżywa dosłownie i w przenośni. Zapatrzona w wyidealizowane zdjęcia chudych dziewczyn w internecie, pragnie osiągnąć idealną sylwetkę, by zainteresował się nią Brandon – jej wielka, szkolna miłość. Kończy się to dla niej zarówno traumatycznie jak i szczęśliwie, bowiem dziewczyna, mimo medycznych powikłań, na czas otrzymuje pomoc . Jakkolwiek Allison nie jest kompletnie uzależniona od korzystania z mediów i nie kreuje w wirtualnym świecie lepszej wersji siebie, tak internetowa, perfekcjonistyczna wizja piękna dewastująco wpływa na nią i jej sposób patrzenia na świat.

Gdy film dociera do półmetka, następuje bolesna dla bohaterów kulminacja, która przypomina zerwanie ze skóry plastra. Poznani na początku, zagubieni ludzie doznają swoistego olśnienia. Na ich barki spada nieprzyjemny ciężar konfrontacji z rzeczywistością – cybernetyczna pępowina zostaje odcięta, a wynikające z tego perturbacje dają młodszym bohaterom poważną lekcję, a tym starszym przypominają o sprawdzianach jakie życie stawia na ich drodze. 

Podsumowując powyższe filmowe odniesienia do twierdzeń McLuhana, Baudrillarda i Levinsona,  smutnie sprawdzających się w naszej codzienności, nie sposób nie dostrzec pewnej ważnej puenty. W głównej mierze, problemy bohaterów mają podłoże seksualne i emocjonalne – wywodzą się z samotności i potrzeby akceptacji wolnej od krzywdzących sądów. Reżyser wskazuje, że sfrustrowani i niezrozumiani szukamy ukojenia w cyfrowym świecie, w którym elektrody monitora chronią przed wstydem i zakłopotaniem; przed żywym spojrzeniem, przed czymś czego nie jesteśmy w stanie kontrolować, odpowiedzialnością za czyny i wreszcie świadomością iż nie wszystko co oferuje ten świat jest dla nas, a prawdziwą wartość musimy znaleźć sami, bez podpowiedzi osób trzecich. Za sprawą rozwoju technologicznego stajemy się globalni i wszechobecni, lecz tym samym coraz mniej nas samych w sobie i najbliższym otoczeniu. Jak krzyczy w jednej ze scen, by przywrócić utraconą stronę Hannah „Just push the fucking button!”. Być może faktycznie należy nacisnąć przycisk – Esc.

PS Pod nazwiska twórców teorii podlinkowałem krótkie opisy ich założeń. Specjalnie nie zdradzam więcej, ani nie tłumaczę dobitniej, żeby można było obejrzeć film. Jeśli już tutaj dotarłeś lub dotarłaś, to teraz już nie ma bata - obejrzyj film, obejrzyj film, obejrzyj...