środa, 3 sierpnia 2016

Dlaczego SMOLEŃSK będzie gównem


Ileż to w historii kina było zwiastunów, które przedstawiały wspaniałe, oszałamiające i chwytające za serca widowiska ze świetnymi kreacjami aktorskimi, by koniec końców okazać się co najwyżej przeciętniakami żerującymi na pieniądze łatwo podniecających się widzów? Na jednej ręce licząc, to z pierdyliard. Co jakiś czas zdarzają się też słabe zwiastuny do dobrych filmów, co można wybaczyć, jeśli film sam siebie broni. Jest też ostatnia kategoria, czyli gówniane zwiastuny do gównianych filmów; i takim właśnie jawi się SMOLEŃSK, z którego zwiastuna mogę po krótce, w trzech punktach, wywnioskować dlaczego film będzie do dupy. 


1. Jakość zdjęć

Nie trzeba być wykształconym filmowcem, żeby odróżnić produkcję, w którą wpompowano ok. 10 milionów złotych, od serialu internetowego tworzonego przez grupę zapaleńców w przerwie między studiami, a dorabianiem na taśmie produkcyjnej. W tym przypadku jednak, twórcy najwyraźniej zdecydowali stawiać przed widzem wyzwania i odpowiedź wcale nie jest taka prosta. 

2. Scenariusz i dialogi

Mimo tylko dwóch minut i trzydziestu sekund, bolesna to przeprawa. Dialogi wypowiadane mechanicznie i drętwo, jakby postawiono przed kamerą przypadkowych ludzi i kazano im czytać z kartki męczą i dają się odczuć jako wpychane do gardła na siłę informacje udające zaskakujące odkrycia i fakty. Od dawna utrzymuję, że nie lubię polskich filmów, ponieważ połowy wypowiadanych kwestii zwyczajnie nie jestem w stanie dosłyszeć. Teraz dosłyszałem świetnie. Niestety.

Acha, nie zapominajmy o To nie jest proste, a nawet wręcz przeciwnie. 11/10

3. Reżyseria

To nie fair obwiniać reżysera za porażkę filmu, który od początku jest projektem producentów i ludzi z filmem nie związanych, ale przy takim temacie produkcji nie ma mowy o artystycznym podejściu, o swobodzie twórczej; Krauze skoczył wraz z całą ekipą na hajs i wycieczkę do USA. Shame on you. 

"Smoleńsk" nie jest filmem, to produkt, który półdebile uznają za odkrywczy i odpowiadający na pytanie, na które nie znane są odpowiedzi; tak też został nakręcony, żeby łatwo pomylić fikcję z prawdą - niczym "Spotlight", sprawi wielką rewelację i odkrycie i być może rzuci oskarżeniami, a za tym wszystkim ruszy tłum wiernych popleczników. Dla dobra sztuki filmowej, nie wspierajcie takich abominacji. Amen. Ave. Peace out.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Jason Bourne: powtórka z rozrywki


Od czterech miesięcy nie napisałem żadnej recenzji. I to nie pierwszy taki kryzys. Zalewająca kina  fala produkcji na tyle przeciętnych, że nie chce się o nich rozmawiać zdaje się nie tyle nie słabnąć co wręcz rosnąć w siłę; proceder ten odbiera wszelką przyjemność w uważnym uczestnictwie w przedstawianej na ekranie historii i zamienia doświadczenie w przewidywalną czynność niczym poranna toaleta.

Z coraz większym nasileniem powstają filmy, które są produktami bez swego rodzaju duszy, jakiegoś haczyka, który nawet w niewybitnym dziele pozwoli cieszyć się czasem spędzonym w kinie. Tak na szczęście nie jest z Jasonem Bourne'm. No, nie do końca.

Najnowszy film Paula Greengrass'a jest niczym więcej jak powtórką z rozrywki i jednocześnie najsłabszą częścią ze wszystkich oryginalnych (Czy ktoś jeszcze pamięta Dziedzictwo Bourne'a? Nie? To dobrze.). Oznacza to, że fani otrzymają wszystkie silne aspekty z trylogii, a zwykli widzowie solidną porcję kina akcji, której - jeśli nie gustują w gatunku - mogli jeszcze nie zakosztować. I w zasadzie tylko tyle i aż tyle można o tej produkcji powiedzieć nie wdając się w fabularne szczegóły. Te z kolei są silnie połączone z poprzednimi częściami. Niejako to zaleta, niejako wada.

Pewne motywy z oryginalnej trylogii powracają w najnowszej odsłonie przygód byłego zabójcy, lecz nie dają satysfakcji jaką niosły jej poprzedniczki. Technicznie rzecz biorąc, Greengrass wymienia wysłużone trybiki akcyjnej machiny, by zastąpić je świeżymi, ale o tych samych właściwościach, spełniających te same zadania.

Bourne znów się ukrywa i znów zostaje wywołany do tablicy przez niejasną przeszłość. Ponownie musi stawić czoła bezwzględnej agencji i ponownie otrzymuje nieoczekiwaną pomoc. Powraca też trzęsąca się kamera, chodzenie po dworcach z zaniepokojonym wyrazem twarzy oraz szaleńcze pościgi. Zabrakło tylko tych świetnych, mięsistych i pełnych napięcia walk wręcz, które stanowiły o sile serii.

Paradoksalnie, powrót Matta Damona w tytułowej roli wnosi najmniej do filmu. Bourne'a spotykamy w toczonej zamieszkami Grecji; dojrzałego, lecz targanego wpojonym przyzwyczajeniem do działania. Nasz bohater przez lata stał się jeszcze bardziej małomówny i, ponownie zmuszony do działania, zdaje się być zdeterminowany jak nigdy wcześniej. Jednakże, jakkolwiek by nie tłumaczyć jego zachowania, Bourne wtapia się w tłum z taką perfekcją, że aż nie przystoi na film o tytule "Jason Bourne".

Więcej do pokazania mają reprezentujący CIA Alicia Vikander oraz Tommy Lee Jones, którzy dwoją się i troją, by dopaść byłego agenta. To praca agencji gra tutaj najlepiej - widz jest uczestnikiem wszystkich procesów mających na celu zlokalizowanie i zlikwidowanie celu. To właśnie agencyjne gierki napędzają akcje i działają jak magnes na zainteresowanie odbiorcy.

Koniec końców, "Jason Bourne" w kategorii filmu szpiegowskiego wypada dobrze - nawet lepiej niż ostatni Bond - jednak jako kontynuacja kultowej serii i być może zalążek nowej, jawi się tylko jako wymuszony skok na kasę; mimo, że udany, to trochę źle zaplanowany - bez kolorytu i sznytu, do których przyzwyczaił nas stary Bourne.

środa, 1 czerwca 2016

Tak tylko mówię - o tym jak zgubiłem parasolkę

Teksty z cyklu Tak tylko mówię to krótkie opowiastki w barowym stylu; bardziej lub mniej prawdziwe, z puentą lub bez, jedne ciekawsze, inne wcale. Takie tam, gadanie.

Do świadomości przywrócił mnie odgłos tłuczonego szkła. Ktoś dostał w mordę, ale co najgorsze stracił wszystkie drinki ustawione na stoliku. Trzech gości o wyglądzie przeciętnego pracownika administracyjnego szybkim krokiem, ze zdumieniem twardo wyrysowanym na twarzach - no i z jednym skwaszonym nosem - oddaliło się od ogródka baru Infinity w Łodzi. Przy okazji do ewakuacji motywował ich dryblas, który jednemu z kolesi zrobił z mordy worek treningowy.

"O kurwa" wrzuciłem kurwę do swojej szklanki od piwa, po czym, nie bardzo wiedząc co zrobić następnie, napiłem się go. Nie poczułem smaku, tylko bąbelki. Albo tę kurwę, co nią przed chwilą rzuciłem.

"Ej! To mój browar do chuja!" do stolika doskoczył jakiś najebany typ i chwycił za szklankę. Zataczał się jak jakiś niedorozwój i tak samo się zachowywał. Swoją drogą, ciekawe jak wygląda taki schlany opóźniony...

"Tu jest twój browar, debilu!" kilka stolików dalej kumple pijanego retarda lali ze śmiechu ze stanu swojego ziomka. Ten niewiele myśląc niemal rzucił moje piwo na stolik i poczłapał po swoje. Po drodze się jeszcze wywalił z krzesłem, a jego przyjaciele dostali małpiego rozumu; podskakiwali przytrzymując się za krok i rżąc wskazywali wijące się na ziemi zwłoki koleżki.

"Co tu się odpierdala?" w głowie zmaterializowała mi się pierwsze sensowna myśl. Spojrzałem na zegarek. Była 8. Westchnąłem ciężko. Jak się tu znalazłem? I co najważniejsze, dlaczego piję sam? Czyżby podświadomie mój organizm przyznał, że jestem alkoholikiem? Westchnąłem jeszcze raz. I jeszcze dwa razy. Nic się nie zmieniło. Wciąż byłem schlany i w mentalnej rozsypce. W dodatku zgubiłem parasol matki, który był jakąś ważną rodzinną pamiątką. Byłem w dupie.

Wyciągnąłem telefon i zacząłem przeglądać album ze zdjęciami. O 6 zrobiłem sobie selfie z jakimś czarnym gościem, tu w ogródku. Teraz go nie było. W jego miejsce wszedł jeszcze ciemniejszy, niższy i z wąsem. Siedział przy stoliku z dryblasem, który pobił urzędników. Około 4 musiałem przyjść do Infinity, bo znalazłem rozmazaną fote z neonowymi światłami. Wcześniej na pewno odbiłem się od Krańcoofki i Biblioteki, bo w kieszeniach znalazłem podkładki do piwa i ulotki. A wszystko zaczęło się od darmowych Negroni w Scenografii z okazji jakiegoś festiwalu barmanów. Drink wytrawny, dobry, bogaty w smaki, jednakże nie do chlania, a my byliśmy spragnieni; wraz z Bocianem - wieloletnim towarzyszem przygód na rauszu - i paroma innymi osobami zakończyliśmy degustację po pierwszym łyku i dalej piliśmy na szybkości lub z sokiem zdjętym z czyjegoś stolika. Sytuacja wyglądała trochę tak jakbyśmy za bardzo się rozpędzili i w tym pędzie po kolei pogubili siebie nawzajem.

Dryblas i czarny wstali nagle i wraz z inną dwójką gości, ubranych w stylu gwiazd hip hopu, weszli do lokalu. Raperzy zatrzymali się przy barze zamieniając z kimś parę słów. Pomyślałem, że zaraz kolejka do kibla zrobi się taka, że prędzej zleje się w gacie niż znajdę dogodną bramę. Czmychnąłem więc szybko i stanąłem przed wejściem do klopa. Gdy przyszła pozostała dwójka, dryblas i czarny wyszli z kabiny, przekazali koks ziomkom, a ci podekscytowani wleźli za nich. Stałem więc tak czując krople moczu spływające mi po kolanach, a tamci se ćpali.

Gdy wróciłem na miejsce, rozejrzałem się dokładniej i zauważyłem, że co jakieś pół godziny coraz to nowe osoby wstają i grupką trzech-czterech łebków wędrują do kibla. Z drugiej strony, czego można było się spodziewać rano w barze, w którym zbierają się wszelkie niedopitki z wieczornych imprez. Jak inaczej utrzymać najwyższe obroty, nie wysypując sobie uprzednio węgorza na oszczaną deskę kibla?

W końcu skończyło mi się piwo i zdecydowałem, że muszę znaleźć moją zgubę. Miałem wystarczająco czasu, żeby odtworzyć mniej więcej ciąg wydarzeń i byłem niemal pewien, że parasolka została w którejś eNce, bo zdaje się, wsiadłem do niewłaściwej i ze złości polazłem jeszcze się dopić.

Zadzwoniłem do biura MPK i zostałem przekierowany do zajezdni autobusowej na Limanowskiego. Okazało się, że parasolka jest i czeka i że mogę śmiało po nią przyjeżdżać. Zebrałem się więc i pojechałem tramwajem lekko przysypiając.

Okazało się, że trafiłem do poPRLowskich katakumb ze starymi pijakami. Na miejscu przywitał mnie śmieszny, krępy ochroniarz o nerwowym głosie. Oznajmił, że muszę poczekać na jego kolegę, bo on posterunku zostawić nie może. Ledwo zacząłem czekać, ten zmienił zdanie i ruszył pędem przez ciemny, brzydki korytarz. Musiałem za nim biec, bo tak leciał skubany.

Wpadliśmy do pokoju, powiedzmy - operacyjnego - w którym zbiera się większość kierowców. Zajebało proszkiem do prania i potem.

"...bo ty jesteś jeszcze napierdolony, Stachu!" rzucił jeden z kierowców do drugiego i lekko się zmieszali, gdy wszedłem. Kazano mi poczekać i znów, nim w ogóle jakieś czekanie się zaczęło, dostałem do łapy parasolkę. Obejrzałem ją. To nie była ta, ale wziąłem, bo facet, który mi ją wręczył był niezmiernie zadowolony, że pojawił się właściciel. Chyba dlatego, że nie musiał spisywać protokołu znajdźki. 

"Się zdziwiłem, że pan te parasolkę zostawił jak tak lało przecież" kierowca miał ubaw z mojego braku logicznego myślenia.

"Tak mi się dobrze jechało, że zapomniałem" odbiłem piłeczkę i w akompaniamencie kilku innych gardłem pochichraliśmy się trochę, aż zapadła niezręczna cisza i zacząłem ewakuacje.

Podziękowałem parę razy i wycofałem się do automatu z napojami, bo czułem, że zbliża się kac morderca. Kątem oka zerknąłem jeszcze raz na krzątających się po pomieszczeniu kierowców. Każdy miał stereotypowy, wystający brzuch piwny, co drugi nosił wąsy, a co trzeci plamy potu pod pachami. Wszyscy byli też grubo po czterdziestce co można w sumie uznać za plus - doświadczony drajwer nawet po pijaku dojedzie.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Daredevil wart Waszego czasu


Wszystko wskazuje na to, że najnowszy film z uniwersum DC Comics to kupa z niestrawionymi resztkami, które tylko fajni wyjedzą, bo przecież nie od pardonu tymi fanami są.

Przesłanki jakby Batman v Superman miał nie wypalić pojawiały się na każdy kroku drogi tytułu do premiery. Producent strzelał sobie w stopy, kolana i ostatecznie w głowę wypuszczając materiały promocyjne, a w szczególności zwiastun zdradzający z kim tak naprawdę będzie dane zmierzyć się superbohaterom. Trudno byłoby komukolwiek podnieść się po takim faux pas. Film Snydera nie wyszedł dobrze i nie miał prawa w takiej formie – nie przy perfekcyjnie operującym ekspozycją Marvelu; zarówno na dużym, jak i małym ekranie.

I o tym dzisiaj będzie mowa.

Słyszeliście o Daredevil’u? Nie tej abominacji z Affleckiem. O serialu z 2015 wyprodukowanej specjalnie na rzecz platformy Netflix we współpracy ze scenarzystą Marsjanina Andrew Godardem. Całkiem niedawno w sieci zadebiutował drugi sezon. I jest wspaniały.

W produkcji nie sposób nie zauważyć dotyku świetnego pióra wspomnianego wyżej pana. Wielokrotnie seriale zaczynają się z grubej rury i szybko zbierają pokaźne audytorium, by przez następne lata być cieniem pierwszych sezonów i ostatecznie odejść w niepamięć jako mdły tasiemiec bez pomysłu na odpowiednie poprowadzenie historii. Duża część takich produkcji gdzieś w połowie zaczyna być nudna i pretensjonalna w swojej narracji.

W tym przypadku, akcja jest, nawet gdy jej nie ma. To znaczy, gdy Matt Murdock nie kopie tyłków przestępcom jako nocny mściciel, jesteśmy świadkami równie ekscytującej wojaczki literą prawa – jako, że główny bohater, wraz ze wspólnikiem „Foggym”, są właścicielami kancelarii adwokackiej – i prowadzi to zarówno do niespodziewanych zwrotów akcji, które popychają różne wątki do przodu, jak i rozwoju postaci, które widzimy na ekranie. Wszystko to okraszone ciekawymi dialogami i dobrym aktorstwem. W zasadzie, każda akcja ma swoją reakcje i realnie oddziałuje na świat przedstawiony. Szczególnie widać to w drugim sezonie, w którym echa przeszłości (tj. sezonu pierwszego) wpływają na przedstawianą rzeczywistość lub zwiastują wpływ w przyszłości (tj. kolejnych sezonach).

Poza niezwykle satysfakcjonującym sposobie prowadzenia opowieści, mamy również czystą, pierwotną rozrywkę w postaci scen walk. A te są przepiękne. Niekonwencjonalne, kreatywne i przede wszystkim bardzo prawdziwe; nasz antagonista zbiera bencki równie często co je daje, ponieważ poza jedną super umiejętnością, jest człowiekiem z krwi i kości, który też odczuwa ból.



Za każdym razem twórcy operują ciekawymi ujęciami, odpowiednio pasującymi do lokacji, w której znajduje się bohater. Przykładem niech będzie świetna scena walki w korytarzu*, w której wykorzystano tzw. master shot, czyli długie ujęcie – widzimy wtedy jak Daredevil pokonuje kolejne chordy przeciwników sprawnie wykorzystując otoczenie i wchodząc z jego elementami w interakcje. Dodaje to pewnego smaczku i dynamiki, które w połączeniu z efektowną choreografią dają wystarczający zastrzyk podniecenia, żeby wprowadzić widza w zachwyt.

Dla dopełnienia obrazu rozrywki idealnej, twórcy nie zapomnieli o małych szczegółach, które mogą, choć nie muszą, gdy pozostają niezauważone, wzbogacić odbiór. Tak też główny bohater może się potknąć o jakąś rzecz leżącą na podłodze, męczy się i można go zranić. Jego przeciwnicy nie padają od razu jak muchy, a podnoszą się, by walczyć dalej – niektórzy potrafią go nawet zaskoczyć jakimś niekonwencjonalnym ruchem. Do tego zwrócono specjalną uwagę na dźwięki towarzyszące sceną walk, bo to na tym zmyśle polega Daredevil. I ostatecznie, co zauważyłem w nowym sezonie, gdy ktoś dostaje w twarz czymś na tyle twardym, by zostawiło ślad, to zostawia go od razu po uderzeniu. Mała rzecz, a cieszy.

Niestety, sprawny obserwator będzie w stanie zauważyć zarówno szczegóły działające na korzyść produkcji, jak i pewne niedociągnięcia jak np. choreograficzne niedociągnięcia lub niewielkie montażowe przeskoki.  Niewiele tego, ale się zdarza. Widocznie nie można mieć wszystkiego.



Jeśli zaś chodzi o dobór aktorów, toż to przecież Marvel – oczywiście zrobili to wspaniale. Zarówno główny bohater, jak i postacie poboczne, dają się poznać na tyle, żeby chcieć wiedzieć o nich więcej, a obserwowanie ich rozwoju z odcinka na odcinek jest jednym z elementów, który trzyma fabułę w pionie. Dodatkowo, co już nie jest takie oczywiste, również casting do ról złoczyńców okazał się strzałem w dziesiątkę. W filmach Marvela, jedynym złym, który zapadł mi i wielu innym w pamięć był Loki. W Daredevilu pojawia się m.in. Nobu, Electra, Kingpin, i Punisher. Wszyscy dobrani perfekcyjnie, pozostawiający ślad w głowach serialowych postaci i widza. Warto szczególną uwagę zwrócić na dwóch ostatnich, granych kolejno przez Vincenta D’Onfrio oraz Jona Bernthala, którzy faktycznie potrafią być zastraszający i zadziwiająco prawdziwi.

Mógłbym jeszcze opowiadać wiele, ale nie obyłoby się bez spojlerów, a chcę tym tekstem zachęcić jak największą liczbę odbiorców, by dały sobie szansę na odświeżone „kino” akcji na małym ekranie. Daredevil to serial idealny, bez przestojów, ze świetnymi dialogami i rozwojem postaci na jaki telewizja czekała od dawna.


*Dla szukających potwierdzenia moich słów; wspomniana scena [KLIK]

wtorek, 1 marca 2016

Deadpool was oszuka, a wy się z tego będziecie cieszyć



Żyjemy w świecie nieustannej manipulacji. Od informacyjnej zawieruchy po marketingowe kłamstewka, na każdym kroku wciska się nam ślicznie opakowane bombonierki wypchane kupskiem lub, w najlepszym wypadku, nie do końca świeżym produktem. Nawet mając głowę na karku nie sposób nie dać się nabrać; nie idzie przecież zbojkotować wszystkiego nie uciekając od cywilizacji w otchłań amazońskiej puszczy. Nie inaczej jest z najnowszą produkcją Marvela. 

Hype na Deadpoola sięgnął zenitu gdy tytuł wszedł na ekrany kin i szczyty Box Office. Znajomi, z których żadni fanboye, rozpływali się nad komediowym kunsztem komiksowego antybohatera. Zewsząd doszły mnie słuchy, że naprawdę warto, że to taki film jakim był pierwszy Avengers. Dlatego też, gdy padło hasło "Idziemy na Deadpoola", wskoczyłem w furę i pognałem do multiplebsu. No i się przejechałem. 

Historia zawarta w obrazie Tima Millera to standardowy do bólu pierd o...no właśnie, nie do końca wiadomo o czym. O staniu się lepszym człowiekiem? Bohaterem? Historia romantyczna, jak głoszą banery reklamowe? A może opowieść o zwykłym fiucie, który kierowany chęcią zemsty zabija ludzi i rzuca przy tym kiepskie żarty? Z wielką siłą przychodzi wielka odpowiedzialność, hm? Albo dobra zabawa. 

To ostatnie jednak nie dotyczy widza, a twórców, którzy musieli mieć ubaw na myśl jak bardzo mogą wychujać odbiorców na pieniądze. Komediowym fundamentem Deadpoola jest świadomość uczestniczenia w niewychylającej się ponad przeciętność opowieść; główny bohater co chwilę przełamuje czwartą ścianę i zwraca się do widzów z przekazem sugerującym, że autoironia to taka wysublimowana forma żartu, której w kinie rozrywkowym tak niewiele, że teraz to musi być super zabawne. Nie jest. 

Wyobraźcie sobie, że zapraszam was na wernisaż pt. "Drzewa świata". Przychodzicie, płacicie mi po dwie dychy i wchodzicie do sali gdzie na każdej ścianie wisi... kartka papieru!!! PAPIER JEST Z DRZEW! Hahahaha! Przecież macie drzewa, tylko w innej formie! Ale was śmiesznie oszukałem, hoho. Boki zrywać!

Albo inny przykład. Wbijacie na film "Jak zabiłem moją matkę"; mimo, że ja jestem biały, moją matkę gra seksowna, młodsza ode mnie, czarnoskóra kobieta. W kulminacyjnym momencie, gdy zamierzam się do decydującego ciosu, spoglądam w obiektyw kamery i zwracam się bezpośrednio do was "Cóż, pewnie zastanawiacie się jak to możliwe, że taka czekoladowa dupcia może być moją matką. To proste, nie starczyło nam hajsu na profesjonalną aktorkę, więc wziąłem Foxy z ulicy. Za sto dolców zgodziła się oblać sztuczną krwią i udawać martwą. No to lecimy, hehehe". W ten sposób przedstawia się nowatorski kunszt komediowy Deadpoola.

Poza tym nużącym "dystansem" filmu do samego siebie, całość zawiera masę żartów skrojonych tak, żeby absolutnie nikogo nie urazić, referencji do amerykańskiego, medialnego półświatka, których polski widz raczej nie zrozumie oraz slapstickowych gagów, w których  główną rolę grają genitalia lub tyłek głównego bohatera. Także jeśli wciąż uważacie za zabawne dostać kopa w jaja, to film dla was. 

Największym problemem jest chyba sam Deadpool - czy raczej sposób przedstawienia go - który w moim mniemaniu jest chorym psychicznie świrem, który z racji swojej nieśmiertelności nie przejmuje się cierpieniem i śmiercią jakie zadaje innym, a przy okazji ma z tego ubaw. Wiecie, skoro bohatera nie można zabić, to może on zrobić i powiedzieć co mu się żywnie podoba, a to daje z kolei ogromną przestrzeń do nietypowych, pokręconych akcji. Taki przynajmniej wydaje się być komiksowy pierwowzór. W filmie to zwykły kutafon, który w finalnej scenie, gdy Colosus prawi morał o odpowiedzialności za swoje moce, zabija swojego nemesis i jakby nigdy nic następuje happy end. To okrutnie mylące biorąc pod uwagę, że dwójka X-Menów, którzy pojawiają się w filmie, została wysłana, żeby przerwać szał zemsty Deadpoola, a gdy ten finalnie jej dokonuje wszyscy wzruszają ramionami i wracają do domu. Poważnie kurwa?! Poważnie?!

Podsumowując, Deadpool to oszustwo. Okrojony filmik, który - jak to dobrze powiedział Dem - został zrobiony tak, żeby się podobać. Obraz na siłę udaje fajny, robiąc sobie żarty ze swoich niedociągnięć, które z kolei, w moim przekonaniu, są obrazą dla widza. To wcale nie jest śmieszne, zrobić gówno i wskazać je palcem mówiąc "Zrobiłem gówno". Nie, nie, nie. Zostawcie to w spokoju. Szkoda pieniędzy i czasu.


niedziela, 14 lutego 2016

Walentynki - piękna idea w zmurszałej kapocie



Cóż, minął rok od tego tekstu i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Całkiem dobrze, bo wena zostawiła mnie samego na dłuższy czas i - jak zresztą widać - strona świeci sporadycznymi wpisami. Do poniższych słów dopowiem jeszcze, że wystarczy miłe słowo, żeby "święto" było udane. Enjoy.

***
 (Tekst z 15.02.2015)
Wczoraj były Walentynki, a jakoś tak przewinąłem się przez ten dzień, że zapomniałem rzucić jakiegoś zbędnego komentarza na ten temat. 

Niespecjalnie pamiętam jaki i czy w ogóle zabierałem głos w ubiegłych latach. Moje myśli się w każdym razie zaktualizowały do tej pory i jak kiedyś najpierw uważałem to święto za fajne i zabawne, później go nienawidziłem za fałszywą aurę pozytywności, tak teraz....

Teraz uważam idee za piękną. Warto się obdarowywać prezentami, warto podkreślać tym samym swoje uczucia. Ten jeden dzień, który przypomina, że dla drugiej połówki, miłości lub nie, ale kogoś ważnego dla serducha, należy poświęcać odrobinę ekstra uwagi i troski. Nadprogramowa aktywność, za którą w szkolę zgarniało się szóstki, a w życiu supeł zżycia z tym kimś staje się coraz ciaśniejszy. Smutne w tym wszystkim jest to, że w ogóle potrzebujemy takiego dnia, który przypomina i wyręcza z wysiłku przez resztę dni w roku. 

I to już piękne nie jest. Sama otoczka. Komercyjna i pusta. Pusta, bo wiele osób traktuje to święto jako mus. Jak na Wigilie trzeba wtrząchnąć karpika, tak w Walentynki musi taki delikwent zakupić serduszko, albo kwiatuszka lub chociaż wyjść z ukochaną, bo się przecież obrazi. Człowieki się rozleniwiają i Walentynki stają się kulminacją ich namiętności w okazywaniu uczuć. Ludzka bezrefleksyjność i ślepa świadomość sprawiły, że tak bardzo nie lubię ulic tego dnia, które w zamyśle i na pierwszy rzut oka ślicznie i romantycznie wyglądają, a tak naprawdę przedstawiają mozaikę dobrze sprzedanej miłości.

Ale jak nie lubić tego święta, skoro tak wtedy prosto o zabawne obrazki parek o minach zdradzających niechęć do trwającej właśnie randki lub sytuacje, w których facet z bólem w oczach kupuje różę za 15 złotych od mobilnego sprzedawcy, bo nie chce wyjść na skąpego drania. Kabaret, normalnie kabaret.

piątek, 15 stycznia 2016

Filmowa czarna masa



Pierwszym odczuciem po seansie "Black Mass" jest... niedosyt. Ostatnim obojętność prowadząca do  symbolicznego wzruszenia ramion.

Ktoś, gdzieś w internetach, trafnie zauważył, że miło znów zobaczyć na ekranie grającego Deppa; można było już zapomnieć, że to potrafi. I tak, Johnny wreszcie wykazuje inicjatywę - odgrywa postać zamiast wymachiwać rękoma w geście zwrócenia na siebie uwagi, do czego przyzwyczaił nas na przestrzeni lat. 

Główny bohater, w którego wciela się Depp jest niewątpliwie najmocniejszym ogniwem produkcji; jako James "Whitey" Bulger, psychopatyczny szef irlandzkiej grupy przestępczej, jest naturalny i przekonujący (w mniemaniu wielu wręcz przerażający) i oglądanie go w akcji to czysta przyjemność.

Ale...

Całość jest raczej przeciętną opowiastką, która pozostaje przyczepiona do myśli nie dłużej niż pozostaje grubas na skałce wspinaczkowej. 

Historia rozwija się w ciekawy, intrygujący sposób - w umyśle zaczynają się materializować podsycające ekscytację pytania, na które odpowiedzi są albo mało satysfakcjonujące albo zbyte skrótami fabularnymi.

Nigdy się nie czepiałem przeskoków czasowych albo tekstu wyjaśniającego kontekst sytuacji lub dalsze losy bohaterów. Nigdy tak nie robiłem, bo nie musiałem. Na szczęście Scott Cooper pośpieszył mi z pomocą.

Reżyser zaserwował więc punkt kulminacyjny filmu w nagłym zrywie tempa w ostatnich chwilach i pięciu minutach migawek z postaciami okraszonych opisem ich losów - losów, na których, ze względu na fatalną reżyserię, nikomu nie ma prawa zależeć. Jakby tego było mało, Scott machnął też ręką na koncept przesłuchań pomagierów Bulgara (w czasie których ten pozostaje wciąż poszukiwany) i spuścił go w kiblu za pomocą wspomnianych skrótów. Dzięki Panie Cooper. A teraz się pierdol.

"Black Mass" można skutecznie porównać do projektu na studia; na początku czuć świeżość i motywację drzemiącą w twórcach, później, w połowie projektu odnosi się wrażenie nie do końca trafionych pomysłów i ogólnego spadku jakości, by na końcu spotkać się z jakimś ordynarnym cięciem, byleby postawić ostatnią kropkę, dostać upragnione 3 i skończyć koszmar. Szkoda tylko tej godnej podziwu obsady, która koniec końców jest stertą kukieł, po których spaceruje Depp. 

Chciałbym napisać, że polecam fanom Johnnego, ale zadowoleni będą chyba tylko psychofani, u których sama jego obecność wywoła orgazm. Smutno się ogląda dobrego Deppa w jakiejś szmirze, której potencjału nie ogarnął reżyser. Od biedy można obejrzeć, ale ostrzegam, że od westchnięć żalu możecie się zapowietrzyć.